Po ogólnym wpisie nt. kryminału milicyjnego w PRL pora na krótkie przedstawienie opowiadań wchodzących w zakres wznowionego przez Vesper wyboru. Obok zarysu fabuły podam też tzw. wskaźnik propagandy; opowiadania milicyjne, jak już pisałem, były tworem PRLowskiej propagandy, gdzie sławiło się Polskę Ludową i rozwój socjalistycznej ojczyzny w ogólności, a sprawność i skuteczność aparatu milicyjnego w szczególności. Opowiadania pogrupowałem autorami, nie wydaniem - jeśli ktoś będzie chciał kupić zbiorek, powinien nabyć całość kolekcji
Andrzej Szczypiorski - Wyspa Czterech Łotrów
Największe chyba nazwisko w całej serii "ewek". Chyba nieźle płacono za opowiadania do serii, i pewnie Szczypiorski był na finansowym musiku, że się zdecydował na publikację "Wyspy". Ale też zamiast zajmować się zadaniami propagandowymi, olał to kompletnie i zabawił setnie, pisząc pastisz amerykańskiego filmu sensacyjnego, gdzie po ulicach Krakowa konkurencyjne gangi wszczynają co i rusz strzelaniny w usiłowaniu zamordowania spadkobierców chicagowskiego bogatego gangstera, z pochodzenia Polonusa.
Jerzy Edigey - Szkielet Bez Palców, Tajemnica Starego Kościółka
Edigey to jeden z tuzów powieści milicyjnej, ale omawiane opowiadania wyszły mu nader przeciętnie. Tj. od strony pomysłu na przestępstwo jest naprawdę dobrze, "Szkielet" to jakby zapowiedź megapopularnego teraz "Gniewu" Miłoszewskiego (pisałem, że źródło dzisiejszych sukcesów tkwi w Old Schoolu), oprata o to samo założenie fabularne - odnalezienie szkieletu, który z początku wydaje się pozostałością z wojny a po bliższym badaniu świadectwem nieodległej zbrodni. Z kolei "Tajemnica kościółka" za temat ma zuchwałe i udane włamanie do Muzeum Śląskiego we Wrocławiu (oba opowiadania toczą się we Wrocławiu i mają wspólnego bohatera, mjr MO Krzyżewskiego) - być może dalekie echo inspiracji "Bezcennego" :-). Ale literacko !!! Sapristi ! Drętwe, sztywne, "reporterskie" relacje ze śledztw milicyjnych, praktycznie afabularne, opisujące drobiazgowo działania aparatu MO, nieuchronność jego działań, znakomitą organizację pracy instytucji - i, generalnie prymat Kolektywu MO nad zdolnościami indywidualnymi śledczych. Ale ciekawej akcji fabularnej nie uświadczysz. Na plus nieźle oddany koloryt PRL
Barbara Gordon - Dolina Nocy, Bez Atu, Błąd Porucznika Kwaśniaka
Twórczość Barbary Gordon reprezentowana jest przez aż trzy, bardzo różne, opowiadania.
najbardziej kuriozalna jest "Dolina Nocy". Z jednej strony to wręcz soc-realistyczna agitka, z drugiej zaś najefektowniej fabularnie spleciona opowieść. Śledztwo dotyczące serii włamań do pustych domów jet pretekstowe, treścią noweli jest splot losów trzech ludzi i towarzyszący temu dramat. Jest miejscowy komendant MO, jego sztywny, formalistyczny zastępca, jest w końcu młodociany przestępca, którego zaczyna gryźć sumienie. Każda z postaci ma własną historię, komendant brata - "żołnierza wyklętego", zastępca żonę- narkomankę, która zaćpała się (a pewnie została zamordowana) przez krwiożerczych hippisów (!), skruszony włamywacz złego przeciwnika w szajce. Propaganda hardcorowa, w czytaniu ciężkie, ale muszę przyznać, że finałowy splot losów bohaterów zrobił duże wrażenie.
"Bez Atu" jest chyba najsłabsze. Również tu wątek kryminalny zepchnięty jest na drugi plan przez opis rozpadu więzi w "nowoczesnej" rodzinie epoki Gierka. Z działań propagandowych mamy krytykę zachodniego bezrefleksyjnego konsumpcjonizmu (co by teraz Gordon napisała, jak ona WTEDY krytykowała konsumpcjonizm ?)
"Błąd Porucznika Kwaśniaka" jest praktycznie pozbawiony elementów propagandowych. I dobrze. Na plan pierwszy wysuwa się tajemnica zaginięcia kustosza muzeum w niewielkim mieście. Kustosz miał dużo młodszą żonę, ta w zasadzie oficjalnego kochanka (tak - powieść opisuje regularne "menage a trois"!). Kustosz miał zaś pieniądze - amatorsko bowiem handlował i kolekcjonował dzieła sztuki. Śledztwo wyjawia coraz więcej tajemnic zaginionego kustosza, znajomych sąsiadów, adwokatów, handlarzy dzieł sztuki, w końcu przyciśnięty przez MO kochanek młodej żony przyznaje się do zabójstwa...ale to dopiero początek historii. Dobre, nieźle zaplecione opowiadanie, mogłoby stanowić podstawę dobrego odcinka 07.
Helena Sekuła - Siedem Diabłów Dziadka Osiornego, Ślad Rękawiczki
Helena Sekuła - w mojej ocenie królowa kryminału milicyjnego. Sama, była milicjantka (oficer prasowy warszawskiej MO, o ile pamiętam), postanowiła w pewnym momencie, że woli pisać fikcyjne fabuły. No i robiła to naprawdę dobrze. Oba opowiadania mają nerw, tempo, ciekawą, wielowątkową akcję (specjalnością Sekuły są "piętrowe" przestępstwa - w ramach jednej opowieści mamy np., morderstwo, sutenerstwo, malwersacje finansowe, szantaż, narkotyki - wszystko splecione w jeden efektowny węzeł fabularny). Postaci w powieściach Sekuły są, jak na standard milicyjny, zaskakujące żywe - i to zarówno przestępcy jak i milicjanci. No a już "Ślad Rękawiczki" to prawdziwa perła zbiorku Vespera - znakomite opowiadanie, znane widzom serialu "07" -odcinek oparty o fabułę tego opowiadania jest jednym z lepszych i drapieżniejszych w całej serii
Witold Szymanderski - Spokojne Uzdrowisko, Ekspedycja
Witold Szymanderski starał się pisać "po zachodniemu". Z nienajgorszym efektem w sumie. Oba opowiadania, w sumie dość podobnie skonstruowane, zlokalizował w małych miejscowościach, zakreślił dość wąski krąg podejrzanych, wrzucił w akcję morderstwo, a następnie, analizując zarówno motywy jak i postępowanie poszczególnych osób, prowadził opowieść.
Czasami mniej uważny czytelnik może się nieco w gąszczu wątków i wydarzeń zagubić, ale co do zasady napisane jest nieźle i daje chwilę dobrej zabawy. Aha, elementów propagandowych brak.
Jerzy Siewierski - Zaproszenie Do Podróży, Opowieść o Duchach I Gorejącym Sercu
Last but not least - Jerzy Siewierski. Już w czasach PRL jeden z moich faworytów, jeden z pierwszych też w powojennej Polsce popularyzatorów weird fiction (zbiór opowiadań niesamowitych i powieść grozy !), wcześniej pisarz kryminałów. Lubiłem Siewierskiego nie tylko za tematykę, on dobrze pisał, miał ciekawe pomysły i sprawne pióro.
Dlatego też "Zaproszenie Do Podróży" jest wręcz szokujące. Nawet nie chodzi i główny wątek fabularny - całkiem ciekawy (nawet jeśli przewidywalny) i odpowiednio dramatycznie zakończony, ale o to, że opowiadanie służy głównie wylaniu całego jadu, żółci (to z Miłoszewskiego), nienawiści i pogardy autora do hippisów. Brudasy, nieroby, pieniędzmi bogatych rodziców rozpieszczeni, nie wiadomo czego chcący (na zachodzie to tak, to krytykują konsumpcjonizm, ale w PRL ? Kraju spokoju, ładu i skromnego dobrobytu?). Nie to, żeby mnie hipy kręciły, jako metal sam nimi pogardzałem (teraz mi wstyd), ale taki ładunek nienawistnej propagandy w opowiadaniu milicyjnym jest niestrawny.
Za to "Opowieść o Duchach" jest chyba najlepszą historią w całym zbiorku. W trakcie seansu spirytystycznego zamordowana zostaje gospodyni-medium. Ale jak ? mimo całego nieprawdopodobieństwa jedynym wytłumaczeniem wydaje się uznanie, że za morderstwo odpowiedzialne są...duchy ! No, brawo ,brawo, znakomicie spisana opowieść, w jej tle brutalny napad rabunkowy i podwójne morderstwo - intrygujące rozwiązanie (nawet jeśli trochę naciągane). Siewierski odrobił straty wywołane paskudnym "Zaproszeniem".
No i to tyle. Trzy tomy - 12 opowiadań. Poziom od średniego do świetnego. Jak na serię "Ewa Wzywa 07" to nawet dobrze.
Brak wielkich wtop, z tych dobrych na pierwszy plan wybijają się "Opowieść O Duchach" i "Ślad Rękawiczki". Do tego Edigey anonsujący fabularnie nowego Miłoszewskiego. Warte polecenia - głównie miłośnikom klimatu PRL, ale też kryminału w ogólności.
Lubimy czytać - pomiędzy 5.57 a 6.0
Galfryd - no, z uwaględnieniem sentymentu do PRL, 7/10
piątek, 6 lutego 2015
środa, 4 lutego 2015
Budka Suflera i kobiety
Budka Suflera po rozstaniu z Cugowskim została nieco na lodzie. Z jednej strony zabrakło charyzmatycznego wokalisty o niezwykłej barwie i ogromnych możliwościach wokalnych, z drugiej jednak, i to może jeszcze ważniejsze, coś w chłopakach pękło. Ich awangardowe poszukiwania, śmiałe próby łączenia hard rocka z rockiem progresywnym niby przyniosły im zasłużoną popularność, ale, zdaje się, nie tyle pieniędzy i uznania, ile by (a zwłaszcza Romuald Lipko) chcieli.
Nadto Lipko musiał zaobserwować u siebie ogromną łatwość komponowania chwytliwych melodii, zgrabnych piosenek. Pewnie, nijak się ta umiejętność miała do ambicji „wczesnej” Budki, no ale jak już nie było w grupie rockowego „Cuga” to może by złagodzić ?
Zespół zaczął szukać nowego wokalisty. Podobno próbował z nimi Stanisław Węglorz – obdarzony głosem niewielkim a nadto strasznie delikatnym. Jakoś się nie sprawdził, zatem kolejny był Romuald Czystaw (coś na Lubelszczyźnie popularne imię było ten Romuald…). Też nie jakiś mocarz wokalny, tez o niewielkiej skali czy sile śpiewu, ale na tyle charakterystyczny, że przypasował do „nowej” Budki. W sumie nagrali razem 3 płyty (Budka Suflera do pierwszej – „Na Brzegu Światła” się nie bardzo chce przyznać, w sumie słusznie, ale OldSchoolowo przyjdzie czas na nią na blogu :-)), niemniej wciąż w Lipce był ogrom „wolnych mocy przerobowych” i potrzeba pieniędzy i sławy.
I wtedy ktoś wpadł na genialny pomysł – Budka może akompaniować solowym wokalistkom popowym ! Lipko będzie komponował, grupa grała, laska śpiewała, a radio grało na okrągło.
Na pierwszy ogien poszła wielka gwiazda – bardzo popularna Anna Jantar. Z dorobkiem, z własnymi przebojami, z mężem kompozytorem, tak, że było to dla Lipki spore wyzwanie.
Poradził sobie świetnie – i napisał dla Jantarki megahit „Nic Nie Może Przecież Wiecznie Trwać”
Dobre, naprawdę! Szybkie tempo, molowy, dość dramatyczny nastrój, doskonale napędzające muzykę syntezatorowe (chyba) smyki – to był duży przebój, w pół drogi pomiędzy melodyjnością popu a drapieżnością rocka. I bardzo mi się już wtedy spodobał, podoba zresztą do dziś.
Obiecującą współpracę z Anną Jantar zakończyła katastrofa na Okęciu, w której piosenkarka zginęła. Ale pomysł w Lipce nie wygasł.
W 1980 przecięły się drogi Budki i młodej, startującej do sławy, śpiewającej aktorki – Izabelli Schutz (za chwilę Trojanowskiej). No i się zaczęło ! :
„
Trojanowska w Opolu to było Zjawisko. Ubrana w męski garnitur, lodowato piękna, z charakterystyczną fryzurą w „pazurki” i niskim, tajemniczym głosem, a do tego naprawdę świetne kompozycje Lipki. W Polsce nastała (i mnie tez dopadła) Izomania. Hit za hitem, jeden lepszy od drugiego. Połączenie świetnych melodii, rockowej ekspresji i drapieżnego image’u Trojanowskiej uczyniło z niej zjawisko – i jedną i ikon Złotego Okresu polskiego rocka.
Z zabawnych wspomnień, widząc „teledysk” do piosenki „Tydzień Łez”, w którym z policzka Izy płynie okrutnie sztuczna glicerynowa łza byłem przekonany, że ona naprawdę płacze :-).
Ale pal sześć ten „Tydzień”, płytę, którą wkrótce Trojanowska i Budka wydali („Iza”) zdominowały utwory szybkie i dynamiczne (chociaż poniżej zamieszczone "Sobie Na Złość" jest plagiatem z "Call Me" zespołu Blondie - trochę wstyd dla Lipki...)
Nawet potencjalna ballada, „Jestem Twoim Grzechem”, była mroczna i ponura, żadnych przesłodzeń i delikatności.
Współpraca nie trwała długo, Trojanowska poszła swoją drogą (kiedyś parę słów napiszę) a Budka, rozstawszy się się na dodatek z Czystawem, który wyjechał do USA, zaczęła wyglądać nowej dziewczyny.
I tak, w roku bodajże ’82 pojawiła się na scenie Urszula Kasprzak, a dokładniej - URSZULA.
Efektowna, bardzo ładna, ostrym, jeszcze drapieżniejszym niż Trojanowska imagem nadrabiająca braki wokalne (głosik to Urszula miała zawsze cieniutki.).
Początek był bardziej niż obiecujący - przypominający trochę epokę Trojanowskiej puszczoną przez filtr new wave, ostry, przebojowy kawałek : "Fatamorgana 82",
Potem przyszły kolejne świetne utwory : "Bogowie I Demony", "Totalna Hipnoza", czy wolniejszy, ale pełen napięcia "Luz Blues...". Niestety, (dla mojej nastoletniej, spragnionej ostrego rocka, percepcji) w kolejnym etapie pojawiła się katastrofa - "Latawce, Dmuchawce, Wiatr". Wiem - MEGAHIT., GIGAPRZEBÓJ, gdyby nie komuna to już wtedy Lipko by wyżenił te miliony, co to je dopiero na "Takim Tangu" zarobił, ale dla rockmana (rockfana) to jest niesłuchalny, wysłodzony syf. Dżizzzzz, nie wiem, co gorsze, wulcowska melodyjka czy koszmarny tekst.
Sytuacji nie poprawiły produkowane seryjnie niepoważne banały w rodzaju "Michelle Ma Belle", "Polka Idolka", "Rodezja Finezja" itd.
Drugą płytę promowała kolejna słit focia - "Malinowy Król" (nota bene, ponownie balansujący na granicy plagiatu, tym razem z Mike Oldfielda)
W sumie Budka z Urszulą wydali aże trzy płyty, pierwszą wydając jeszcze w trakcie trwania Złotego Wieku Polskiego Rocka, kolejne w kryzysie artystycznym połowy lat 80tych - ja już ich jednak nie słuchałem, więc i uwagi tutaj poświęcać nie będę.
Powrót do Budki Cugowskiego w 1983 i tak zmienił układ sił, granie z Urszulą stało się od tego chwili side projectem zespołu i straciło na artystycznym znaczeniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









