wtorek, 7 kwietnia 2015

Socrealizm w kinie PRL

Epoka owiana w polskim kinie mrokiem zapomnienia. Albo nic się nie pisze, albo drze się łacha z czerwonej propagandy (ew. ze zgrozą pokazuje, jak mroczna była komuna), ew. udaje greka, komentując kariery popularnych później twórców tak, jakby ich nie zaczynali za socrealizmu.
Stężenie i betonowa twardość socrealistycznej propagandy były wstydliwe już dla władz PRL, od Gomułki począwszy, dlatego też te najbardziej pancerne filmy nie były chętnie puszczane przez TV.
Prawie wszystkie jednak filmy powstałe w Polsce do roku 1956 (kiedy to socrealizm jako prąd artystyczny odszedł  do historii) są do obejrzenia za darmo na jutubie, zatem poświęciłem im ostatnimi miesiącami nieco uwagi. Poniżej garść refleksji.
Po pierwsze - socrealizm kinowy (czy szerzej - fabularny) to kierunek artystyczny ściśle określony, w swych założeniach radykalnie odmienny od "normalnego" storytellingu. Treścią historii socrealistycznych jest  SOCjalistyczny  REALIZM codzienności obywateli  socjalistycznego państwa w ich walce od lepsze jutro. Koniecznymi elementami są problemy codzienności, szkodnicy rzucający kłody, Nowi Ludzie przezwyciężający wszystkie trudności i ich ostateczny triumf  nad reakcją.
W świecie socrealnym pieniądz nie ma wartości, dla ludzi dobro wspólne ma większe znaczenie niż indywidualne korzyści, wróg podstępnie knuje, chcąc zaszkodzić, ale Nowi Ludzie czuwają!

Film socrealistyczny oceniany przez pryzmat współczesnego kina obyczajowego jawi się śmieszno-strasznym. Nie chodzi tu o banalne "zestarzenie się". Zestarzeć się mogą komedie romantyczne sprzed 2 wojny światowej wobec współczesnych produkcji, Ale film socrealistyczny to jest po prostu film z innego świata, dlatego, chcąc nań spojrzeć sprawiedliwie, trzeba niejako wsiąść do Wehikułu Czasu i spróbować odebrać go z uwzględnieniem tamtej estetyki. Wtedy zaskakująco duża liczba polskich filmów okazuje się intrygująca i i ciekawa.
Nb na przestrzeni lat utarło się, by dobre filmy socrealistyczne "wyciągać" niejako z epoki, w której powstały i udawać, że tak naprawdę nie są one "socrealistyczne" . Nie zgadzam się z taką tezą - socrealizm obowiązywał, jako oficjalny, jedyny finansowany przez państwo ( a inaczej wtedy nie można było nakręcić filmu)  nurt twórczy i każdy, który decydował się na nakręcenie wtedy filmu, z definicji tworzył film socrealistyczny. Jedne były lepsze, inne gorsze, ale wszystkie q chwale nowego ustroju.

Typowy film socrealistyczny to tzw produkcyjniak. Akcja toczy się bądź to w fabryce, bądź na wsi. Nurt wiejski reprezentują np, uznane za pierwszy polski film socrealistyczny : "Jasne Łany" (1947) czy późniejsza "Gromada" (1952). Jest ciemna wieś, jest aktywista, są powoli przekonujący się do nowego chłopi i jest Reakcjonista, jakiś były Pan czy Młynarz.
Kazimierz Dejmek jako przybyły z miasta nauczyciel, noszący nowe, "jasne" treści do ciemnej wsi polskiej

Nurt miejski, to inaczej nurt "fabryczny". Treścią filmu jest los jakiego zakładu pracy, jego załogi. I tutaj mamy do czynienia z reakcyjnymi wstecznikami, ze słabościami ludzkimi. Czołowy reprezentant tego podgatunku to "Dwie Brygady" z 1950, taki absolutnie kanoniczny obraz epoki socreal, gdzie biegnąca dwutorowo akcja toczy się w fabryce a także w zespole teatralnym przygotowującym socrealistyczną- oczywiście-sztukę o poprawie wydajności pracy.
Andrzej Łapicki - zblazowany członek grupy aktorskiej mającej zapoznać się z warunkami prascy socjalistycznej

Najważniejszą jednak grupę filmów SR w kinie polskim stanowią opowieści o kształtowaniu Nowego Człowieka - takie, że z niemiecka nazwę, Ausbildungssfilme. W tego rodzaju opowieściach mamy do czynienia z bohaterem (grupą bohaterów), którzy stopniowo, widząc korzyści i rozwój socjalistycznej ojczyzny, angażują się, pracują i walczą, zawsze wspólnie w ramach Kolektywu a nigdy indywidualnie (indywidualizm był zwalczany przez nurt SR i przeciwstawiany "przyszłościowemu" działaniu kolektywnemu).
Skąd taka waga "filmów kształtujących" ?
II RP była krajem w ogromnej mierze rolniczym. Lwią zatem część społeczeństwa powojennego stanowili biedni chłopi. W procesie industrializacji kraju znaczną część tych chłopów nowy ustrój ściągał do miast, na wielkie budowy i do fabryk. Takiego przybysza z zapadłej wiochy na początku mniej interesowały "plany" i "przekroczenia norm" (treść"produkcyjniaka), a raczej własne życie, kłopoty codzienne, wybory ideowe. No i to do nich nowa władza kierowała ostrze swej propagandy.

W tym miejscu można wymienić całą grupę filmów, takich jak  :
"Czarci Żleb" (podhalański góral w ramach WOP zwalczający przemytników i zachodnią agenturę),

Tadeusz Szmidt - młody góral z Podhala, który wstąpiwszy do WOP kształtuje się na Nowego Człowieka
" Pierwszy Start" (młodzi lotnicy - debiut fabularny Stanisława Mikulskiego)

Junacy w służbie Ojczyźnie - na pierwszym planie Stanisław Mikulski
"Załoga" (młodzi marynarze - w obsadzie Tadeusz Łomnicki)

"Pościg" (tym razem wszystko dzieje się w państwowej stadninie koni)

"Piątka Z Ulicy Barskiej" (grupa chuliganerskiej młodzieży warszawskiej)

Parszywa "Piątka Z Ulicy Barskiej"
"Autobus Odjeżdża 6.20" (Aleksandra Śląska w gwiazdorskiej roli kobiety - spawacza (spawarki)

Gwiazda "Autobus Odjeżdża 6.20" - piękna Aleksandra Śląska
i klasyk nad klasyki dwuczęściowa "Celuloza" z bardzo dobrym Józefem Nowakiem jako Szczęsnym, chłopskim synem, zmierzającym od przedwojnia "ku czerwonym"- ekranizacja ówczesnej obowiązkowej lektury szkolnej - "Pamiątka Z Celulozy" Igora Newerlego.
Zapatrzony w przyszłość Szczęsny - Józef Nowak

"Celuloza" jest modelowym socrealistycznym filmem propagandowym. Jest tu ekstremalna przedwojenna chłopska bieda, kapitaliści - oszuści i wyzyskiwacze, głodowa harówa w przemyśle, walki ze strajkującymi "socjalistami", wzrastająca świadomość klasowa bohatera, potem praca partyjna, walka o Nowy Ład. 

Osobnym nurtem kina socrealistycznego były filmowe biografie w duchu propagandy nowej epoki. I tak powstały :

"Warszawska Premiera" - poświęcona Stanisławowi Moniuszce i nurtowi ludowemu w jego twórczości

"Chopin W Warszawie" - to samo z Chopinem, plus bunt wobec konserwatyzmu epoki
a przede wszystkim :

"Żołnierz Zwycięstwa" - dwuczęściowy panegiryk na cześć generała Karola Świerczewskiego - swoistego "świeckiego świętego" epoki wczesnego socjalizmu. Robociarz, od dziecka komunista (w wojnie 1920 walczył przeciw Polsce po stronie Armii Czerwonej !), potem generał polskiego wojska i na koniec "męczennik" poległy w walce z Ukraińcami w Bieszczadach.
Generał, który się kulom nie kłaniał (to i zginął) - Karol Świerczewski

Na koniec filmy, które "przeżyły" soc-realizm - uważane za "nie socrealistyczne", spełniające wymogi "normalnego kina. Mowa tu przed wszystkim o udanych komediach obyczajowych, ukazujących perypetie nowo przybyłych do Warszawy mieszkańców :
- ich problemy mieszkaniowe ("Skarb"),
- budowę "nowej" stolicy ("Przygoda Na Mariensztacie"),
- bądź też przemiany obyczajowe społeczeństwa socjalistycznego ("Irena Do Domu")
oraz o dramatach z czasu II Wojny Światowej ("Ostatni Etap", "Godziny Nadziei").

Warto też podkreślić, że socrealistyczny jest kinowy debiut Andrzeja Wajdy - chyba najbardziej udany film
 "rozwojowy" - "Pokolenie", z rewelacyjnymi rolami Tadeusza Łomnickiego i Tadeusza Janczara (no i rólką Romana Polańskiego też !)

Ależ obsada "Pokolenia" ! Tadeusz Janczar, Roman Polański, Ryszard "Paździoch" Kotys i Tadeusz Łomnicki !


wtorek, 31 marca 2015

Zaskakująca śmierć polskiego rocka w polowie lat 80tych

Naszła mnie swego czasu refleksja na temat polskiego rocka, która dojrzewała mi w głowie, aż dojrzała niniejszym wpisem.
W PRL, gdzieś tak do roku 1980 było generalnie pod górkę. Władze niechętnie patrzały na "zachodnią", "kapitalistyczną:" muzykę, z wyzywającym emploi i potencjalnie buntowniczym przesłaniem.
W latach 70tych na dłużej w świadomości fanów rocka zaistniały bluesowo hard rockowy BREAKOUT, progresywny (coraz bardziej...) NIEMEN, hippisowska hard rockowo progresywna BUDKA SUFLERA i, przed wszystkim, wykluty z NIEMENA rewelacyjne jazz rockowo progresywne SBB.
SBB live

Pod koniec lat 70tych powstał ruch o nazwie Muzyka Młodej Generacji (MMG), w ramach którego popularność zaczęły zdobywać nowe formacje - wulc rockowe KOMBI czy MECH,  bluesowy KRZAK, i neoprogowy EXODUS.
Okładka debiutanckiej płyty KOMBI - wulc rock w czystej postaci

Ale tak naprawdę coś pierdolnęło w roku 1980. Naraz pojawiły Megagwiazdy - PERFECT, MAANAM i IZABELA TROJANOWSKA z BUDKĄ SUFLERA. My wszyscy, nastolatki, zwariowaliśmy doszczętnie na punkcie tych kapel. Byłe dla nas równie ważne jak największe gwiazdy z Zachodu.
A wciąż pojawiały się nowe zespoły, każdy z miejsca zdobywający uwielbienie rzesz fanów.
Rok 1981 to LOMBARD, fenomenalne heavy metalowe (w zasadzie hard rockowe) TSA, fenomenalny PORTER BAND i nowofalowa REPUBLIKA, gdzieś nieco dalej inne, mniejsze formacje pokroju np Bank. W roku stanu wojennego doszlusowały jeszcze rockandrollujące LADY PANK i ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY.

TSA - live ok 1983 (byłem na koncercie w katowickim Spodku)
Dodam, ze formacje z MMP też wszystkie aktywnie nagrywały kolejne płyty.
Podsumowując - lata 1980 - 1983 to niespotykany rozkwit polskiego rocka. Tysiące koncertów, setki tysięcy sprzedanych płyt (ile wyszło), miliony fanów.
Ciekawe, czy to przypadek, czy faktycznie chodziło tu o odciągnięcie uwagi młodzieży od politycznych zawirowań ? Czy władza ludowa jakoś nie "wspomagała" karier kolejnych zespołów ?
Z zasady jestem najdalszy od spiskowych teorii, no i za zabawne uznałbym, by ówczesnych rockmanów uznać za "współpracowników reżimu", ale, biorąc pod uwagę, jak nagle i zagadkowo w mniej więcej jednym czasie zerwały się kariery poszczególnych grup, może coś jest na rzeczy ?

Spójrzmy zatem :

KOMBI

po wydaniu 4 albumów :
- Kombi
- Królowie Życia
- Nowy Rozdział
- 4

w roku 1985 rozpoczęło nieudany flirt ze sceną w USA - ich 5 płyta wydana pod koniec lat 80tych nikogo już nie obchodziła,


 


MECH
obie płyty :
- Bluffmania
- Tasmania

wyszły w 1983 roku, potem 4 lata bez nagrania i rozpad w kompletnej ciszy medialnej,





  
KRZAK
wydaje 3 albumy :
- Blues Rock Band Live
- Paczka
- Krzak'i
i po śmierci Ryśka Skibińskiego w 1983 roku rozpada się,






EXODUS -
wydaje tylko dwie płyty :
- The Most Beautiful Day
- Supernova
materiał na ostatnią, pt. Hazard zostaje niewydany - zespół rozpada się w 1983







PERFECT -
najdziwniejsza historia. Po wydaniu 3 hiperpopularnych albumów :
- Perfect
- Live
- Unu
lider kapeli - Zbigniew Hołdys, rozwiązuje ją - w połowie 1983 roku







MAANAM
działa aktywnie tak do 1985 roku - wydając po drodze 4 albumy studyjne :
- Maanam
- O !
- Nocny Patrol
- Final Cut
ok. 1986 roku praktycznie jednak przestaje istnieć





 IZA TROJANOWSKA
Jej kariera runęła po wydaniu dwu albumów, już w 1982.
- Iza
- Układy
Potem nagrała płytę z Nalepą, której jej nie wydano (podobno krytykowała stan wojenny), buce z Solidarności krytykowały ją, że w tymże stanie  wojennym wystąpiła na koncercie w TVP (widziałam ten koncert i byłem zachwycony) - to wzięła dziewczyna i opuściła Polskę...,





 LOMBARD 
no, ci to próbowali, starali się. Do 1985 nagrali aż 5 płyt:
- Śmierć Dyskotece
- Live
- Wolne Od Cła
- Szara Maść
- Anatomia
ale później ich popularność dramatycznie spadła i do końca PRL w zasadzie nic ciekawego się z Lombardem nie działo,



 
TSA
w siodle byli do 1984, wydając po drodze 3 albumy studyjne:
- Live
- TSA
- Heavy Metal Świat
Potem, po spektakularnym odejściu gitarzysty Andrzeja Nowaka i bębniarza Marka Kapłona zespół się zreorganizował, nagrał płytę anglojęzyczną wersję Heavy Metal World wydaną bez sukcesów na Zachodzie i tak, całkowicie bez wyrazu, stoczył się w otchłań nicości, Nawet płyta w 1988 się ukazała, grali rock operę Jesus Christ Superstar, ale to już blade odbicie sławy...


PORTER BAND
dwie płyty :
- Helicopters
- Mobilization
i rozpad w całkowitej ciszy i zapomnieniu







REPUBLIKA
dwie płyty:
- Nowe Sytuacje
- Nieustanne Tango

wielka kłótnia zespołu podczas nagrania trzeciej i rozpad przed 1986







  
LADY PANK
dwie płyty :
- Lady Pank
- Ohyda
pierwsza świetna, druga nędzna , wielka sława, nieudana próba podbicia USA, skandal z pijanym Borysewiczem (obnażył się na koncercie) w maju 1986 - i raptowna utrata popularności





ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY
dwie płyty :
- Oddział Zamknięty
- Reda By Night
 i choroba głosu wokalisty - Krzysztofa Jaryczewskiego, załamująca popularność grupy.








Podsumujmy - w 1985 roku połowa już albo nie istnieje, albo nie ma ciekawego materiału do przedstawienia, rok później prawie żadna kapela już nie gra, a to, co gra, jest tragiczne.
Aż się chce napisać "Przypadek ? Nie sądzę" - aczkolwiek właśnie za przypadkową uważam tę klęskę.
Uwielbienie tłumów, pieniądze, hotele, sława, ale też rozgoryczenie otaczającą rzeczywistością (w porównaniu do dolce vita gwiazd rocka na Zachodzie), utarczki z cenzurą, kłopoty z nagraniem/wydaniem  kolejnego materiału.
Ostatecznie znużenie wspólnym graniem, wóda, obniżenie lotów (kiepskie nowe piosenki) plus  zmieniające się mody i sympatie fanów dołożyły się do obrazu rozpadu i klęski.

Na szczęście dla mnie wiosną 1986 ma miejsce pierwsza "Metalmania"  :




a na niej, Kat, Turbo, Dragon i Vader - i zaczyna się nowe  życie. A  PRLowskim poprockowcom - kij w oko na drogę.

piątek, 6 lutego 2015

Wzywam 07..część 2

Po ogólnym wpisie nt. kryminału milicyjnego w PRL pora na krótkie przedstawienie opowiadań wchodzących w zakres wznowionego przez Vesper wyboru. Obok zarysu fabuły podam też tzw. wskaźnik propagandy; opowiadania milicyjne, jak już pisałem, były tworem PRLowskiej propagandy, gdzie sławiło się Polskę Ludową i rozwój socjalistycznej ojczyzny w ogólności, a sprawność i skuteczność aparatu milicyjnego w szczególności. Opowiadania pogrupowałem autorami, nie wydaniem - jeśli ktoś będzie chciał kupić zbiorek, powinien nabyć całość kolekcji


Andrzej Szczypiorski - Wyspa Czterech Łotrów

Największe chyba nazwisko w całej serii "ewek". Chyba nieźle płacono za opowiadania do serii, i pewnie Szczypiorski był na finansowym musiku, że się zdecydował na publikację "Wyspy". Ale też zamiast zajmować się zadaniami propagandowymi, olał to kompletnie i zabawił setnie, pisząc pastisz amerykańskiego filmu sensacyjnego, gdzie po ulicach Krakowa konkurencyjne gangi wszczynają co i rusz strzelaniny w usiłowaniu zamordowania spadkobierców chicagowskiego bogatego gangstera, z pochodzenia Polonusa.

Jerzy Edigey - Szkielet Bez Palców, Tajemnica Starego Kościółka
Edigey to jeden z tuzów powieści milicyjnej, ale omawiane opowiadania wyszły mu nader przeciętnie. Tj. od strony pomysłu na przestępstwo jest naprawdę dobrze, "Szkielet" to jakby zapowiedź megapopularnego teraz "Gniewu" Miłoszewskiego (pisałem, że źródło dzisiejszych sukcesów tkwi w Old Schoolu), oprata o to samo założenie fabularne - odnalezienie szkieletu, który z początku wydaje się pozostałością z wojny a po bliższym badaniu świadectwem nieodległej zbrodni. Z kolei "Tajemnica kościółka" za temat ma zuchwałe i udane włamanie do Muzeum Śląskiego we Wrocławiu (oba opowiadania toczą się we Wrocławiu i mają wspólnego bohatera, mjr MO Krzyżewskiego) - być może dalekie echo inspiracji "Bezcennego" :-). Ale literacko !!! Sapristi ! Drętwe, sztywne, "reporterskie" relacje ze śledztw milicyjnych, praktycznie afabularne, opisujące drobiazgowo działania aparatu MO, nieuchronność jego działań, znakomitą organizację pracy instytucji - i, generalnie prymat Kolektywu MO nad zdolnościami indywidualnymi śledczych. Ale ciekawej akcji fabularnej nie uświadczysz. Na plus nieźle oddany koloryt PRL



Barbara Gordon - Dolina Nocy, Bez Atu, Błąd Porucznika Kwaśniaka

Twórczość Barbary Gordon reprezentowana jest przez aż trzy, bardzo różne, opowiadania.
najbardziej kuriozalna jest "Dolina Nocy". Z jednej strony to wręcz soc-realistyczna agitka, z drugiej zaś najefektowniej fabularnie spleciona opowieść. Śledztwo dotyczące serii włamań do pustych domów jet pretekstowe, treścią noweli jest splot losów trzech ludzi i towarzyszący temu dramat. Jest miejscowy komendant MO, jego sztywny, formalistyczny zastępca, jest w końcu młodociany przestępca, którego zaczyna gryźć sumienie. Każda z postaci ma własną historię, komendant brata - "żołnierza wyklętego", zastępca żonę- narkomankę, która zaćpała się (a pewnie została zamordowana) przez krwiożerczych hippisów (!), skruszony włamywacz złego przeciwnika  w szajce. Propaganda hardcorowa, w czytaniu ciężkie, ale muszę przyznać, że finałowy splot losów bohaterów zrobił duże wrażenie.
"Bez Atu" jest chyba najsłabsze. Również tu wątek kryminalny zepchnięty jest na drugi plan przez opis rozpadu więzi w "nowoczesnej" rodzinie epoki Gierka. Z działań propagandowych mamy krytykę zachodniego bezrefleksyjnego konsumpcjonizmu (co by teraz Gordon napisała, jak ona WTEDY krytykowała konsumpcjonizm ?)
"Błąd Porucznika Kwaśniaka" jest praktycznie pozbawiony elementów propagandowych. I dobrze. Na plan pierwszy wysuwa się tajemnica zaginięcia  kustosza muzeum w niewielkim mieście. Kustosz miał dużo młodszą żonę, ta w zasadzie oficjalnego kochanka (tak - powieść opisuje regularne "menage a trois"!). Kustosz miał zaś pieniądze - amatorsko bowiem handlował i kolekcjonował dzieła sztuki. Śledztwo wyjawia coraz więcej tajemnic zaginionego kustosza, znajomych sąsiadów, adwokatów, handlarzy dzieł sztuki, w końcu przyciśnięty przez MO kochanek młodej żony przyznaje się do zabójstwa...ale to dopiero początek historii. Dobre, nieźle zaplecione opowiadanie, mogłoby stanowić podstawę dobrego odcinka 07.

Helena Sekuła - Siedem Diabłów Dziadka Osiornego, Ślad Rękawiczki

Helena Sekuła - w mojej ocenie królowa kryminału milicyjnego. Sama, była milicjantka (oficer prasowy warszawskiej MO, o ile pamiętam), postanowiła w pewnym momencie, że woli pisać fikcyjne fabuły. No i robiła to naprawdę dobrze. Oba opowiadania mają nerw, tempo, ciekawą, wielowątkową akcję (specjalnością Sekuły są "piętrowe" przestępstwa - w ramach jednej opowieści mamy np., morderstwo, sutenerstwo, malwersacje finansowe, szantaż, narkotyki - wszystko splecione w jeden efektowny węzeł fabularny). Postaci w powieściach Sekuły są, jak na standard milicyjny, zaskakujące żywe - i to zarówno przestępcy jak i milicjanci. No a już "Ślad Rękawiczki" to prawdziwa perła zbiorku Vespera - znakomite opowiadanie, znane widzom serialu "07" -odcinek oparty o fabułę tego opowiadania jest jednym z lepszych i drapieżniejszych w całej serii

Witold Szymanderski - Spokojne Uzdrowisko, Ekspedycja

Witold Szymanderski starał się pisać "po zachodniemu". Z nienajgorszym efektem w sumie. Oba opowiadania, w sumie dość podobnie skonstruowane, zlokalizował w małych miejscowościach, zakreślił dość wąski krąg podejrzanych, wrzucił w akcję morderstwo, a następnie, analizując zarówno motywy jak i postępowanie poszczególnych osób, prowadził opowieść.
Czasami mniej uważny czytelnik może się nieco w gąszczu wątków i wydarzeń zagubić, ale co do zasady napisane jest nieźle i daje chwilę dobrej zabawy. Aha, elementów propagandowych brak.

Jerzy Siewierski - Zaproszenie Do Podróży, Opowieść o Duchach I Gorejącym Sercu

Last but not least - Jerzy Siewierski. Już w czasach PRL jeden z moich faworytów, jeden z pierwszych też w powojennej Polsce popularyzatorów weird fiction (zbiór opowiadań niesamowitych i powieść grozy !), wcześniej pisarz kryminałów. Lubiłem Siewierskiego nie tylko za tematykę, on dobrze pisał, miał ciekawe pomysły i sprawne pióro.
Dlatego też "Zaproszenie Do Podróży" jest wręcz szokujące. Nawet nie chodzi i główny wątek fabularny - całkiem ciekawy (nawet jeśli przewidywalny) i odpowiednio dramatycznie zakończony, ale o to, że opowiadanie służy głównie wylaniu całego jadu, żółci (to z Miłoszewskiego), nienawiści i pogardy autora do hippisów. Brudasy, nieroby, pieniędzmi bogatych rodziców rozpieszczeni, nie wiadomo czego chcący (na zachodzie to tak, to krytykują konsumpcjonizm, ale w PRL ? Kraju spokoju, ładu i skromnego dobrobytu?). Nie to, żeby mnie hipy kręciły, jako metal sam nimi pogardzałem (teraz mi wstyd), ale taki ładunek nienawistnej propagandy w opowiadaniu milicyjnym jest niestrawny.
Za to "Opowieść o Duchach" jest chyba najlepszą historią w całym zbiorku. W trakcie seansu spirytystycznego zamordowana zostaje gospodyni-medium. Ale jak ? mimo całego nieprawdopodobieństwa jedynym wytłumaczeniem wydaje się uznanie, że za morderstwo odpowiedzialne są...duchy ! No, brawo ,brawo, znakomicie spisana opowieść, w jej tle brutalny napad rabunkowy i podwójne morderstwo - intrygujące rozwiązanie (nawet jeśli trochę naciągane). Siewierski odrobił straty wywołane paskudnym "Zaproszeniem".

No i to tyle. Trzy tomy - 12 opowiadań. Poziom od średniego do świetnego. Jak na serię "Ewa Wzywa 07" to nawet dobrze.
Brak wielkich wtop, z tych dobrych na pierwszy plan wybijają się "Opowieść O Duchach" i "Ślad Rękawiczki". Do tego Edigey anonsujący fabularnie nowego Miłoszewskiego. Warte polecenia - głównie miłośnikom klimatu PRL, ale też kryminału w ogólności.

Lubimy czytać   - pomiędzy 5.57 a 6.0
Galfryd      - no, z uwaględnieniem sentymentu do PRL, 7/10

środa, 4 lutego 2015

Budka Suflera i kobiety


Budka Suflera po rozstaniu z Cugowskim została nieco na lodzie. Z jednej strony zabrakło charyzmatycznego wokalisty o niezwykłej barwie i ogromnych możliwościach wokalnych, z drugiej jednak, i to może jeszcze ważniejsze, coś w chłopakach pękło. Ich awangardowe poszukiwania, śmiałe próby łączenia hard rocka z rockiem progresywnym niby przyniosły im zasłużoną popularność, ale, zdaje się, nie tyle pieniędzy i uznania, ile by (a zwłaszcza Romuald Lipko) chcieli.
Nadto Lipko musiał zaobserwować u siebie ogromną łatwość komponowania chwytliwych melodii, zgrabnych piosenek. Pewnie, nijak się ta umiejętność miała do ambicji „wczesnej” Budki, no ale jak już nie było w grupie rockowego „Cuga” to może by złagodzić ?
Zespół zaczął szukać nowego wokalisty. Podobno próbował z nimi Stanisław Węglorz – obdarzony głosem niewielkim a nadto strasznie delikatnym. Jakoś się nie sprawdził, zatem kolejny był Romuald Czystaw (coś na Lubelszczyźnie popularne imię było ten Romuald…). Też nie jakiś mocarz wokalny, tez o niewielkiej skali czy sile śpiewu, ale na tyle charakterystyczny, że przypasował do „nowej” Budki. W sumie nagrali razem 3 płyty (Budka Suflera do pierwszej – „Na Brzegu Światła” się nie bardzo chce przyznać, w sumie słusznie, ale OldSchoolowo przyjdzie czas na nią na blogu :-)), niemniej wciąż w Lipce był ogrom „wolnych mocy przerobowych” i potrzeba pieniędzy i sławy.
I wtedy ktoś wpadł na genialny pomysł – Budka może akompaniować solowym wokalistkom popowym ! Lipko będzie komponował, grupa grała, laska śpiewała, a radio grało na okrągło.
Na pierwszy ogien poszła wielka gwiazda – bardzo popularna Anna Jantar. Z dorobkiem, z własnymi przebojami, z mężem kompozytorem, tak, że było to dla Lipki spore wyzwanie.


Poradził sobie świetnie –  i napisał dla Jantarki megahit „Nic Nie Może Przecież Wiecznie Trwać”


Dobre, naprawdę! Szybkie tempo, molowy, dość dramatyczny nastrój, doskonale napędzające muzykę syntezatorowe (chyba) smyki – to był duży przebój, w pół drogi pomiędzy melodyjnością popu a drapieżnością rocka. I bardzo mi się już wtedy spodobał, podoba zresztą do dziś.
Obiecującą współpracę z Anną Jantar zakończyła katastrofa na Okęciu, w której piosenkarka zginęła. Ale pomysł w Lipce nie wygasł.

W 1980 przecięły się drogi Budki i młodej, startującej do sławy, śpiewającej aktorki – Izabelli Schutz (za chwilę Trojanowskiej). No i się zaczęło ! :


Trojanowska w Opolu to było Zjawisko. Ubrana w męski garnitur, lodowato piękna, z charakterystyczną fryzurą w „pazurki” i niskim, tajemniczym głosem, a do tego naprawdę świetne kompozycje Lipki. W Polsce nastała (i mnie tez dopadła) Izomania. Hit za hitem, jeden lepszy od drugiego. Połączenie świetnych melodii, rockowej ekspresji i drapieżnego image’u Trojanowskiej uczyniło z niej zjawisko – i jedną i ikon Złotego Okresu polskiego rocka.
Z zabawnych wspomnień, widząc „teledysk” do piosenki „Tydzień Łez”, w którym z policzka Izy płynie okrutnie sztuczna glicerynowa łza byłem przekonany, że ona naprawdę płacze :-).

Ale pal sześć ten „Tydzień”, płytę, którą wkrótce Trojanowska i Budka wydali („Iza”) zdominowały utwory szybkie i dynamiczne (chociaż poniżej zamieszczone "Sobie Na Złość" jest plagiatem z "Call Me" zespołu Blondie - trochę wstyd dla Lipki...)

Nawet potencjalna ballada, „Jestem Twoim Grzechem”, była mroczna i ponura, żadnych przesłodzeń i delikatności.
Współpraca nie trwała długo, Trojanowska poszła swoją drogą (kiedyś parę słów napiszę) a Budka, rozstawszy się się na dodatek z Czystawem, który wyjechał do USA, zaczęła wyglądać nowej dziewczyny.
I tak, w roku bodajże ’82 pojawiła się na scenie Urszula Kasprzak, a dokładniej - URSZULA.

Efektowna, bardzo ładna, ostrym,  jeszcze drapieżniejszym niż Trojanowska imagem nadrabiająca braki wokalne (głosik to Urszula miała zawsze cieniutki.).
Początek był bardziej niż obiecujący - przypominający trochę epokę Trojanowskiej puszczoną przez filtr new wave, ostry, przebojowy kawałek : "Fatamorgana 82",


Potem przyszły kolejne świetne utwory : "Bogowie I Demony", "Totalna Hipnoza",  czy wolniejszy, ale pełen napięcia "Luz Blues...". Niestety, (dla mojej nastoletniej, spragnionej ostrego rocka, percepcji) w kolejnym etapie pojawiła się katastrofa - "Latawce, Dmuchawce, Wiatr". Wiem - MEGAHIT., GIGAPRZEBÓJ, gdyby nie komuna to już wtedy Lipko by wyżenił te miliony, co to je dopiero na "Takim Tangu" zarobił, ale dla rockmana (rockfana) to jest niesłuchalny, wysłodzony  syf. Dżizzzzz, nie wiem, co gorsze, wulcowska melodyjka czy koszmarny tekst.
Sytuacji nie poprawiły produkowane seryjnie niepoważne banały w rodzaju "Michelle Ma Belle", "Polka Idolka", "Rodezja Finezja" itd.
Drugą płytę promowała kolejna słit focia - "Malinowy Król" (nota bene, ponownie balansujący na granicy plagiatu, tym razem z Mike Oldfielda)
W sumie Budka z Urszulą wydali aże trzy płyty, pierwszą wydając jeszcze w trakcie trwania Złotego Wieku Polskiego Rocka, kolejne w kryzysie artystycznym połowy lat 80tych - ja już ich jednak nie słuchałem, więc i uwagi tutaj poświęcać nie będę.

Powrót do Budki Cugowskiego w 1983 i tak zmienił układ sił, granie z Urszulą stało się od tego chwili side projectem zespołu i straciło na artystycznym znaczeniu.

niedziela, 25 stycznia 2015

Stress - zespół jednego riffu

W moje ręce wpadło ostatnio Old Schoolowe rarity - zbiór radiowych nagrań polskiej grupy hard rockowej STRESS, popularnej w pierwszej połowie lat 70-tych.


Napalałem się od pewnego czasu na ten STRESS, no bo hard rocka w PRL było jak na lekarstwo, a jedyny znany mi kawałek STRESSU, hit roku 1972 pt "Ciężką Drogą" rozpalał me  nadzieje na coś nadzwyczajnego.
Aliści wyszła z tego wielka qpa, pisząc nieoględnie.
Naczytałem się, jak to władzy ludowej ciężkie granie było nie w smak, i dlatego zatrzymana została obiecująca kariera STRESSu. Ciotka Wikipedia jak zwykle na pierwszej linii pisania takich bzdutów, choć zdaje się, że i Kamil Sipowicz w swych liner notkach do antologii polskiego rocka hippisowskiego coś takiego pisał.
OK, niechże zostanę zatem PRLowskim zupakiem na miarę sekretarza powiatowego PZPR Stanisława Anioła, ale u mnie Stress też by żadnej kariery nie zrobił, a konkretnie to płyty z materiałem, który miałem nieprzyjemność wysłuchać, bym nie wydał.
W cziom dieło ? Ano, po prostu Stress nie potrafił komponować ! Ich utwory są, jeden w drugi, niewydarzone, niedorobione, jakieś takie koślawe. Po dwu przesłuchaniach materiału upieram się, że cała jakość Stressu to to (nie)szczęsne "Cieżką Drogą" :



Fajny, rozkołysany riff, takie cięższe Canned Heat, w środku mnóstwo bałaganu, ale jakoś się broni w całości.
Niestety, jak mawiał prof Stanisławski "i to by było na tyle"
Złośliwie napisałem, że STRESS jest zespołem tego jednego, jedynego udanego riffu, patrząc bardziej wyrozumiale znajdzie się po jednym  dobrym riffie w większości utworów grupy, ale co z tego, jak po kilkunastu sekundach, po soczystym współbrzmieniu gitar i bębnów zaraz się wszystko rozłazi w szwach. Zamiast pociągnąć kawałek przed siebie kapela stosuje "progresywne" zagrywki, gwałtownie urywając dobry fragment i pituląc bez sensu.
Ciągnące się w nieskończoność a nudne jak flaki z olejem solówki gitary (no, z gościa żaden Lakis ani Kozakiewicz nie jest), zupełnie od czapy wstawiane dźwięki innych instrumentów (a to fletu, a to saksofonu, jakiejś, cholera, okaryny, marimby i co tam jeszcze w studio radiowym stało), kiepskie motywy...słabizna po całości.
Gdybym bym menago rockowym w PRLu, to bym ze Stressem ciężko ale to ciężko musiał popracować. Dobre, ciężkie zagrywki warte byłyby wzmocnienia, mnóstwo muzycznej grafomanii trzebaby po prostu wywalić na śmiecie.
I teksty napisać od początku, bo ich kaleka nieporadność boleśnie rani uszy.

Typowy przykład STRESSowego bełkotu :



Jak dla mnie STRESS to spore rozczarowanie, a z PRLowskiego hard rocka nadal pozostaje na topie BREAKOUT "Blues" (TEST byłby niezły, ale wybierając na wokal Wojciecha Gąssowskiego sami się umieścili w klasie kabaretowej).







piątek, 23 stycznia 2015

Powieść milicyjna

Jakiś czas temu wydawnictwo Vesper wydało potrójny zbiór opowiadań milicyjnych z arcypopularnej w PRL serii "Ewa Wzywa 07...", w której to serii znalazło się sporo pierwowzorów scenariuszy znakomitego serialu milicyjnego "07 Zgłoś Się". (od razu wyjaśnię, że 07 to nie jest jakieś nawiązanie do agenta 007 a ówczesny numer pogotowia milicyjnego).


Z okazji tego wydania, no i biorąc pod uwagę, że tzw. opowiadania milicyjne to Old School w pełnej krasie, parę słów tutaj im poświęcę.

Na początku PRL - w latach stalinowskich, obowiązywał, również w literaturze, socrealizm. Proza gatunkowa, romanse, kryminały, fantastyka, były, jako ogłupiająca rozrywka, odrywająca Nowego Człowieka Socjalizmu od myślenia o rozwoju Ludowej Ojczyzny, tępione, a nawet więcej niż tępione, bo "zniknięte".
Po prostu nie pisało się takich powieści, nie wydawało, a wszelkiej maści rozrywkę piętnowało jako burżuazyjny przeżytek. Proza miała oddawać realia Naszych Czasów, opisywać zwykłe życie i problemy jakie ludzie napotykają na swej drodze. Wątki sensacyjne, kryminalne, pojawiały się nie jako element rozrywkowy, a jako efekt działania Wrogich Sił - zatem dotyczyły różnej maści Szpiegów, Dywersantów, Szkodników i Wsteczników.

Na fali odwilży po '56 roku uznano, że Człowiek Pracy ma również prawo po robocie oderwać się od życia, odprężyć, poczytać coś rozrywkowego, no i uznano, że dobry kryminał nie jest zły.
Natychmiastową reakcją było uruchomienie, jeszcze w '56, telewizyjnego teatru kryminalnego "Kobra" (sprawa zasługuje na odrębny, sążnisty wpis, nad którym zamierzam niedługo popracować).
"Kobra" z reguły "pracowała" na zachodnich tekstach, ale kryminalne realia wczesnego PRL zaczęły być również opisywane w powstającej literaturze. To wtedy Tyrmand  napisał "Złego", rozpoczęli również swe kariery inni pisarze, później znani z seryjnie tworzonych kryminałów (np. "Czarny Mercedes" Zygmunta  Zeydler Zborowskiego z '58 roku).

We wczesnych latach 60tych powstał pierwszy polski telewizyjny serial kryminalny - "Kapitan Sowa Na Tropie". Serial był ledwie 8 odcinkowy, napisany i zagrany bardzo lekko, wręcz komediowo, ale zawsze to jakiś początek.

Prawdziwy przełom w rozwoju PRLowskiego kryminału stanowiły lata 67-68. Chyba na tle zawirowań marca '68 władza postanowiła rozpopularyzować w społeczeństwie pracę dzielnych stróżów prawa. I tak narodziła się w pełnej krasie - powieść milicyjna, tworzona do samego końca PRL.  Jej najsłynniejszymi twórcami byli : Zygmunt Zeydler Zborowski, Jerzy Edigey, Andrzej Wydrzyński, Maciej Słomczyński (pod pseudonimami Kazimierz Kwaśniewski czy, bardziej znanym - Joe Alex), Joanna Chmielewska, Barbara Gordon, Anna Kłodzińska czy Helena Sekuła.

Generalnie można wprowadzić następujący podział w ramach gatunku :

1. Skierowany do socjalistycznej młodzieży milicyjny komiks kryminalny - słynny "Kapitan Żbik". Z początku "Żbiki" przedstawiały uproszczone narracyjnie typowe scenariusze milicyjne, śledztwa dotyczyły morderstw, rabunków, napadów, przemytu. Z połowie lat 70tych (gdzieś tak od czasu, kiedy zaczął ją rysować Jerzy Wróblewski) serię zdominował jednak irytujący dydaktyzm. W kolejnych odcinkach polska młodzież, z reguły na wakacjach, a to łapała kłusowników, a to złodziei ryb z państwowej hodowli, a to w końcu (sławetny zeszyt "Wyzwanie Dla Silniejszego") wyszkolona przez Kapitana Żbika w trudnej sztuce judo pokonywała Złych Gitowców.

2. Charakterystyczna seria błękitnych zeszytów pt. "Ewa Wzywa 07", do kupienia w kioskach. Taki PRLowski paperback - błękitny odpowiednik włoskiego (żółtego) giallo :-). W założeniu miało być co miesiąc 1 opowiadanie, nie bardzo udawało się założenie utrzymać, niemniej w latach 68-89 wydane zostało ponad 140 "ewek". W ramach serii znaleźć można było opowiadania pisarzy tej marki co Andrzej Szczypiorski czy Janusz Głowacki, pisali też znani i już przeze mnie wyżej przywołani spece od kryminału.
Literacko średni poziom "ewek" był mocno przeciętny. Format serii zakładał przedstawianie przebiegu akcji z punktu widzenia milicji, sporo było obligatoryjnej propagandy, styl sztywny, zupacki a postaci papierowe.


3. "Regularne" powieści kryminalne, wydawane z reguły w różnych seriach ("Jamnik", "Labirynt", "Srebrny Klucz", "KAW") też z zasady dość sztywne w formie i dopakowane propagandą, ale czasami swobodniejsze, ukazujące a to prywatne śledztwo, a to narrację z punktu wiedzenia świadka, przestępcy itp.

4. Najlepsze z powieści były ekranizowane, tworząc odrębny subgatunek filmowy - kinowy kryminał PRLowski (np "Dwaj Panowie N", "Zbrodniarz, Który Ukradł Zbrodnię", Walet Pikowy"). bądź też przerabiane na spektakle telewizyjnego teatru sensacji Kobra.

5. I Najwyższa forma sublimacji gatunku - rewelacyjny  serial "07 Zgłoś Się". Scenariusze do odcinków wywodziły się właśnie z nurtu powieści milicyjnej i do tego najczęściej z serii "Ewa Wzywa 07", ale były filtrowane przez talent reżysera - Krzysztofa Szmagiera. Zamiast papierowych  i sztywnych jak nakrochmalone kołnierzyki bohaterów z opowiadań wprowadził, wymyślił i wykreował postać porucznika Sławomira Borewicza (Bronisław Cieślak - absolutnie genialny!), wyluzowanego, dowcipnego i błyskotliwie inteligentnego kobieciarza. O - hołd dla bohaterów książkowych powieści milicyjnych (a wręcz ich karykaturę) stanowiła serialowa postać porucznika Zubka
Niedługo opiszę poszczególne odcinki serialu wraz z ich literackimi pierwowzorami - tutaj tylko zamarkuję, że vesperowskie wznowienie zawiera świetne opowiadanie Heleny Sekuły - "Ślad Rękawiczki", które pod tym samym tytułem weszło do serialu.


W kolejnym wpisie omówię zawartość nowego wydania "Wzywam 07".

środa, 21 stycznia 2015

Krzysztof Cugowski - solo

Budka Suflera po 40 latach zakończyła właśnie swą działalność. Jako jedna z rockowych legend PRL jest ona wdzięcznym tematem  i, oczywiście, z definicji OLD SCHOOLEM i zasługuje na niejeden wpis.
Zacznę od "kariery" Cugowskiego solo. Bo, co mało kto dziś pamięta, w latach 77-83 Cug opuścił macierzysty zespół i próbował zrobić coś samodzielnie.


Początki miał jednak nieszczególne, postanowił bowiem Cugowski, zamiast grać porządnego rocka, popróbować kariery PRLowskiego festiwalowego szansonisty. Co gorsza, efekty tego próbowania raczył był utrwalić na płycie.
 I tak powstało koszmarne dzieło pt "Wokół Cisza Trwa"

Badziew to niesłychany i wstyd dla Cugowskiego ogromny :

Cugowski & P. Figiel Ensemble

Prawda, ze niesłuchalne ? Jak go jeszcze ujrzałem w gierkowskim show telewizyjnym "Studio Gamma", to już się całkowicie załamałem.

Przyznam, że młodzieńcza miłość do Budki skłoniła mnie w roku '82 do kupienia tego czegoś, ale na szczęście Tata, którego wysłałem po płytę do sklepu w Ustroniu Jaszowcu, widząc zainteresowanie młodzieży inną płytą "Żaglem Ziemi" Breakoutu, kupił mi je obie. Nie żeby "Żagiel Ziemi" specjalnie wymiatał (w końcu nasłabszy Breakout) ale przy masakrycznym Cugu i tak był niezły.

Na szczęście Cugowski sam wyraźnie niekomfortowo się czuł w tym dizajnie, stąd też początek lat 80tych zastał go współpracującego z wrocławską grupą CROSS.

No i tu już było dużo lepiej  :-) Także ten kierunek zaowocował longplayem :


No, ale tu już jest dym i siara ! Świetny, pulsujący hard rock, nieco Old Schoolowy już w chwili wydania (płyta wydana w roku 83 brzmi, jakby była skomponowała dekadę wcześniej), oparty oczywiście o bluesa, czasami łagodzony (zbędnymi) banalladami, ale generalnie wglebiający fana ciężkiego rocka.

Krzysztof Cugowski & Cross
Nigdy wcześniej ani później Cug tak konsekwentnie nie łoił.
Karierę projektu przerwał powrót Cugowskiego do Budki Suflera, i to z gitarzystą Crossa Krzysztofem Mandziarą.
Byłem fanem Crossa i tej płyty, wiadomość zatem o powrocie Cuga do BS przyjąłem z mieszanymi uczuciami - no i miałem rację, bo wydana razem płyta "Czas Czekania, Czas Olśnienia" mimo pewnych zalet nie miała nic wspólnego z hard rockiem ani Crossem. A szkoda
Kolejne 30 lat Cugowski spędził w Budce, i nawet jak coś na  boku nagrał, to nie miało to żadnego poważnego znaczenia artystycznego